Kiedy byłam mała, wstawanie w ciemności miało dla mnie w sobie coś magicznego. Przyprowadzana wcześnie rano do przedszkola, bo na siódmą, bardzo lubiłam to poczucie bezpieczeństwa, które dawała rzęsiście oświetlona sala, ziewająca wychowawczyni i powoli zbierające się dzieciaki. Za oknem mrok, a my w gromadce, w cieple – zwłaszcza jesienią i zimą było to przyjemne.
Potem, w szkole, uwielbiałam ten moment, kiedy za oknem było ciemno – bo wcześnie rano, bo ulewa, bo chmury. Kiedy nauczyciel zapalał światło, a my znowu razem, bezpieczni, schronieni.
Dzisiaj konieczność wstawania po ciemku, po nocy zbyt krótkiej, do obowiązków nie zawsze przyjemnych sprawia, że tej magii mrocznego poranka jest zdecydowanie mniej. Ale mimo to są takie chwile, gdy wstaję chętnie i cieszę się tym, że za oknem jest ciemno. W domach naprzeciwko ludzie też wstają. Pewnie też myją zęby, nastawiają wodę na kawę czy herbatę, przecierają oczy, ziewają, szukają skarpetek…
Jeżeli mi się udaje, to lubię sobie na spokojnie posiedzieć, grzejąc dłonie o kubek z czymś ciepłym do picia. I znowu, to miękkie światło lampki sprawia, że czuję się bezpiecznie. Lubię sobie wtedy poczytać albo po prostu pomyśleć. Czasami zdarza się, że nawet koty nie kwapią się jeszcze do wstawania.
Dziś jest właśnie taki poranek. Pochmurny, ciemny, trochę nawet deszczowy. A ja z wdzięcznością korzystam z tego, że mogę wrócić do łóżka z kubeczkiem kawy, zagrzebać się w pościeli i spokojnie poczekać na to, aż obudzi się dzień.
No właśnie… Dzień dobry 🙂
A.







Dodaj odpowiedź do Reya Jeha Anuluj pisanie odpowiedzi