To nie będzie wpis o feriach, górach ani nartach.
Napisałam powyższe, po czym pomyślałam, że jednak nasuwają mi się na myśl pewne sceny z filmu „Zjawa” (w oryginale „The Revenant) z Leonardem di Caprio, które tak dobrze pasują do tego, o czym ma by ten wpis.
Na krótko pojawił się dylemat: czy zmienić zdjęcie? Przyznam Wam szczerze, że to są drugie góry, bo pierwsze mi mało estetycznie obciął edytor. Te się jakoś ładnie mieszczą. Ale czy zmiana gór na Leonarda di Caprio byłaby w zgodzie ze mną? Odpowiedź jest jasna: nie będę się chwytać tanich sztuczek, by zwiększyć atrakcyjność wizualną tego wpisu i całego bloga.
Góry numer dwa zostają.
Zostaje też obraz Leonarda ze wspomnianego filmu, w którym za bardzo to on nie mówi, ale za to gra całym sobą (jak się okazuje, w ten sposób Oscara też można dostać).
Na podobieństwo Leonarda w rzeczonym filmie, w piątkowe przedpołudnie wypełzłam i ja na światło dnia. Do wykonania miałam trzy ważne misje: śmietnik, spożywczak i paczkomat. W normalnych warunkach zdawałoby się to drobiazgiem. Tym razem to było heroiczne wręcz wyzwanie, szczególnie dotarcie do paczkomatu oraz powrót z niego okazały się prawdziwą próbą mego męstwa i siły charakteru.
Pamiętam, że w poniedziałek pomyślałam sobie, jak wspaniale udaje mi się nie chorować w tym sezonie.
We wtorek obudziłam się z uczuciem ciężkości w klatce piersiowej i suchym, upartym kaszelkiem.
Ze środy doprawdy niewiele pamiętam, ledwo mogłam ruszyć ręką czy nogą.
Czwartek był już lepszy.
A w piątek to już wiecie.
Jest niedziela i jest już znacznie lepiej.
Kończą się ferie. Moje ambitne plany na również kończący się tydzień obróciły się wniwecz. No, powiedzmy, zrobiłam jakieś pięć procent z przewidzianych rzeczy.
Ale daję sobie subiektywne medale za przetrwanie, za zdrowienie, za odpoczywanie – widocznie było to wszystko potrzebne.
Idę szukać czegoś na kaszel, może mnie tym razem nie będzie męczył w nocy.
Trzymajcie się zdrowo!
Pozdrawiam,
A.







Dodaj komentarz