Nic wielkiego nie robię. Poczytam, obejrzę, przewrócę się z boku na bok. Pogadam przez telefon, odpiszę na esemesa. Podgrzeję coś do jedzenia (jak ja uwielbiam mieć zrobiony obiad, to się nadaje na osobny wpis!), napiję się wody, kawy, herbaty… Ziewnę. Pogapię w okno. Nawet nie sięgnęłam po robótkę. Pozwalam myślom płynąć w dowolnych kierunkach.
Jedyne, co robię, to zmywam na bieżąco i zajmuję się kotami, które dzisiaj zresztą też głównie śpią. A nie, przepraszam, popsikałam i przetarłam lustro, bo rano, myjąc ostrożnie zęby, udało mi się obficie napryskać pastą. Nie jestem przyzwyczajona do takiego akrobatycznego mycia.
Mooooże jutro odkurzę. Pewnie też wstawię pranie.
Nie przemęczam się. Nadmierny wysiłek nie sprzyja regeneracji po ekstrakcji zęba.
I jak ja się z tym czuję, z tym nieprzemęczaniem? Otóż, czuję się wspaniale. Czy to kwestia urlopu, czy może dmuchania i chuchania na siebie po zabiegu dentystycznym? Nie wiem. Moja maszyna zwolniła obroty. Czuję, że działa teraz na minimum. I mam poczucie, że zaczynają się procesy naprawcze. Stresy ostatnich miesięcy, pośpiech, gonitwa – to wszystko blednie. Są za to spokojne poranki, dużo małych radości i przyjemności, a strzałka uważności zwrócona jest tylko i wyłącznie na mnie. Nie wybiegam myślą zanadto do przodu. W zamglonej oddali majaczy jesień, z grubsza wiem, co wtedy będzie się działo, ale mam jeszcze mnóstwo czasu, by się do tego przygotować. Teraz jest lato.
Wiem, że wiele osób zmaga się z poczuciem winy, bo nie są wystarczająco produktywne. Ten cały kult produktywności może być czasami naprawdę toksyczny i po prostu szkodliwy. Czy wartość człowieka zależy od tego, jak ciasno udaje mu się upychać w grafiku dnia zadania do wykonania? Zdarza się, że Klienci na sesjach chcą o tym rozmawiać, bo zmagają się z przekonaniem, że leżąc bez celu na kanapie nie są nic warci jako ludzie. No i rozmawiamy.
Ja też kiedyś miałam poczucie, że muszę ciągle robić dużo rzeczy, być zajęta, nieustannie gonić, a wieczorami padać na nos i wreszcie wtedy mieć poczucie, że właśnie się kończy dobry dzień. Dobry, bo zarobiony. Teraz na szczęście myślę, że najpierw jestem, a dopiero potem działam, a nie na odwrót. Mogę i lubię ciężko pracować, ale z sensem i nie kosztem siebie, swojego zdrowia. Bo najpierw ja jestem sensem, a później to, co robię. Inaczej to by nie miało sensu 😉
A jak Wy macie?
*** *** ***
Dzisiaj o siedemnastej zawyły syreny.
Wyszłam na balkon, z którego mam widok na główne skrzyżowanie w mojej dzielnicy. Jeśli jestem pierwszego sierpnia o siedemnastej w domu, to zawsze wychodzę na balkon. Na środku skrzyżowania było pełno ludzi, dokoła stały samochody, karetki, radiowozy. Wielu kierowców stało obok swoich pojazdów, stali przechodnie na chodnikach. Dymiły race, powiewały flagi. Zgromadzenie spore, chociaż w porównaniu z tym przy Rotundzie w Centrum – niewielkie. Na balkonach ludzie, jak ja. Kiedy umilkły syreny, usłyszałam hymn i dołączyłam się. Potem oklaski. Cześć i chwała Bohaterom!
Nie, nie płakałam, ale oczy mi zwilgotniały. Wzruszają mnie nie tylko wydarzenia, które te syreny przywołują, ale także sam fakt, że to się dzieje, i to od tylu lat. Nie jestem zaangażowana politycznie, wiadomości śledzę w zakresie minimalnym, ale ten pierwszy sierpnia zawsze mnie wzrusza. Mam przez te kilka minut poczucie, że tworzymy wspólnotę.
Lubię też ten film:
*** *** ***
I znowu wpis skręcił w niepodziewanym kierunku, ale widocznie tak musiało być, bo płynie z serca 🙂
Pozdrawiam serdecznie,
A.








Dodaj komentarz